Skoro tu jesteś, to znaczy, że coś Cię przyciągnęło. Ciekawość? Mrok? A może zwykła potrzeba zajrzenia tam, gdzie nie powinno się zaglądać…
W każdym razie – rozgość się. Blog Mortavii właśnie otworzył swoje drzwi.
W najbliższym dropie (25 stycznia) przygotowałam dla Was kilka obiektów, które przeszły…
drobną transformację. Zwykle zaczyna się niewinnie. Zawsze kończy się tak samo – powstaje coś z niczego!
Wiktoriańska szkatułka
z drugiej ręki
Na początku wyglądała jak typowe różowe pudełko – słodkie, zapomniane, kompletnie niegroźne. Oczywiście nie mogłam tego tak zostawić. Przemalowałam je, dodałam serce
i czarną koronkę, przywracając jej godność artefaktu. Myślę, że sama Mary Shelley zrozumiałaby tę szkatułkę bez dodatkowych wyjaśnień – i bez wahania trzymałaby w niej serce swojego zmarłego męża. (Mary Shelley to zresztą postać absolutnie fascynująca. Obiecuję osobny wpis).
Barokowa ramka
z aniołkiem
Moja osobista faworytka. Podróżowała do mnie aż z Rumunii, a gdy dotarła, udawała niewinną – biała farba skutecznie maskowała wszystkie piękne detale. Wyglądała… nijako. To oczywiście nie mogło trwać długo. Po przemalowaniu
i dodaniu złota, detale wyszły na światło dzienne, a w centrum znalazło się serce pacjenta nr #223. (Jego historia za chwilę ujrzy światło dzienne).
Czarno-złota ramka
Kolejna metamorfoza. Kiedyś cukierkowo różowa, dziś pełnoprawny artefakt Mortavii. Jej pacjent jeszcze milczy, ale nie na długo. Historia już się formuje – i wkrótce da o sobie znać.
Na tym etapie to wszystko, co mogę powiedzieć.
Reszta musi poczekać – M.
